Biedna Gruzja

W sierpniu 2008r. Rosja pobiła Gruzję, gdy ta chciała siłowo rozwiązać kryzys w Osetii Południowej, terytorium de jure pod jurysdykcją Tbilisi, a de facto autonomicznej enklawie pod protektoratem Moskwy, podobnie jak pobliska Abchazja. Armia Federacji Rosyjskiej, używając sprzętu i taktyki walki niemal z II wojny światowej, bez trudu rozwaliła obronę Gruzinów, mimo ich dobrego wyszkolenia i nowoczesnego uzbrojenia. Po prostu, jak zawsze, Rosjan było mnóstwo. I wystarczyło. Jest to ważna lekcja nie tylko dla Gruzji. Również dla sąsiadów bliższych i dalszych.


Inna lekcją jest to, że Gruzji nie pomógł właściwie nikt. Naturalnie, słyszało się protesty. Polska protestowała dyplomatycznie, nawet pomogła Gruzinom w cyberwojowaniu. Ale możni tego świata, szczególnie czołowe kraje Unii Europejskiej, ale też USA, nie zrobiły dla Gruzji wiele. Na przykład Francja "pomogła" wynegocjować zawieszenie broni, które okazało się kapitulacją. USA niedługo po konflikcie posłały okręt wojenny z wizytą kurtuazyjną. Taki miękki sygnał solidarności. Właściwie mało znaczący. W każdym razie w Tbilisi dostrzeżono, że kraj zdany jest tylko na siebie. Lepiej późno niż wcale, bowiem czy ktoś rzeczywiście się spodziewał, że żołnierze z USA czy UE będą umierać za Gruzję?


Gruzini są niepewni jutra. Wręcz boją się. Wystarczy przypomnieć panikę, która wybuchła, gdy w marcu tego roku jedna ze stacji telewizyjnych nadała reportaż z kolejnej inwazji rosyjskiej. Reportaż okazał się fałszywy, ale "dowcip" ten uznany został za ponurą przepowiednię. Poniepodległościowy optymizm zamienił się w fatalizm. Wewnętrzne walki partyjne i koteryjne przyćmiła niepewność wynikająca z geopolitycznego położenia Gruzji. Konflikty wewnętrzne zagrażały demokracji; groźba płynąca z zewnątrz zagraża niezawisłości. Gruzja może zniknąć, albo - jak Osetia Południowa i Abchazja - może zostać przekształcona w kremlowską kolonię, taki neopeerel (co zresztą potencjalnie zagraża też Polsce).


Co robić? Na razie Gruzja wzmocniła swój system obronny. Nadal bezskutecznie stara się o przyjęcie do NATO. Ale przede wszystkim Tbilisi postawiło na ekonomiczne więzi z Zachodem. Władze gruzińskie wykoncypowały sobie, że jeśli Amerykanie i Unia Europejska zainwestują poważnie w Gruzji, to w ich interesie będzie utrzymanie niepodległości tego kraju. Co więcej, Tbilisi stara się zbudować jak najsilniejsze powiązania gospodarcze z innymi krajami, popierając inicjatywy infrastrukturalne, które integrują Gruzję z globalną ekonomią. Dotyczy to przede wszystkim energetyki.


Chyba najważniejszym elementem gruzińskiej strategii jest rurociąg Baku-Tbilisi-Ceyhan, który transportuje ropę i gaz ze złóż nad Morzem Kaspijskim do tureckiego portu Ceyhan nad Morzem Śródziemnym, przełamując monopol Rosji na transport surowców energetycznych z rejonu Kaukazu. Przypomnijmy, że ofensywa rosyjska z 2008r. zatrzymała się kilka kilometrów od rurociągu. Czy wstrzymano ją ze względu na międzynarodowe implikacje, jakie spowodowałoby przecięcie dopływu gazu i ropy do Morza Śródziemnego? Być może był to jeden z ważniejszych czynników kremlowskich kalkulacji.


Aby osiągnąć swoje cele, Gruzja prowadzi bardzo energiczną kampanię propagandową. Stara się też tworzyć klimat zachęcający do inwestycji w tym kraju - obiecuje np., że rejestracja firmy w Gruzji zajmie tylko 3 dni. Tbilisi praktykuje przy tym tzw. dyplomację obywatelską (citizen diplomacy). Polega ona na zapraszaniu obywateli państw obcych do siebie i promowaniu personalnych kontaktów z gospodarzami. Tworzą się prywatne więzi gospodarcze, bo firmy zaczynają inwestować i współpracować, powstaje atmosfera wzajemnego zaufania i życzliwości. Jest to klasyczny przykład, w którym bezpieczeństwo narodowe buduje się na międzynarodowych układach gospodarczych. Ciekawe, co z tego wyjdzie.


Ciekawe też, czy Tbilisi rozważyło swoje błędy polityczne, które w kontekście Rosja?zachód osłabiły pozycję Gruzji. Na przykład stosunki z Osetyńcami i Abchazami. Dla zachodu prawa mniejszości to świętość. Dla Rosji to wymówka. A przecież jeszcze za czasów sowieckich Tbilisi prowadziło politykę wynaradawiania tych małych narodów, ściśle wzorowaną na metodach rusyfikacyjnych stosowanych przez Moskwę. Elementem takiej polityki narodowościowej było przesiedlanie Gruzinów na te tereny. Stąd w Abchazji do niedawna 60 proc. ludności to Gruzini. Politykę tę kontynuowano po odzyskaniu niepodległości w latach dziewięćdziesiątych. Doprowadziło to do wojny domowej z Abchazami i Osetyńcami i w 2008r. pozwoliło kremlowskiej propagandzie przedstawić inwazję na Gruzję jako ekspedycję, która miała na celu wyzwolenie prześladowanych mniejszości narodowych. Miejmy nadzieję, że Tbilisi wyciągnęło z tego jakieś wnioski. Może, jeśli nie ma woli zliberalizowania polityki narodowościowej, lepiej dla sprawy gruzińskiej pogodzić się z utratą terenów zamieszkanych przez mniejszości?


Ale nawet jeśli Gruzja osiągnie wielki sukces w integracji gospodarczej, zmieni politykę narodowościową, to wciąż nie ma gwarancji bezpieczeństwa. Sytuacja cały czas jest napięta. Rosja stara się izolować dyplomatycznie Gruzję, na przykład usuwając misję ONZ z terytoriów oderwanych. Natomiast wojska rosyjskie stoją za miedzą jako "kontyngent pokojowy." Moskwa stara się o uzyskanie uznania dyplomatycznego dla Abchazji i Osetii Południowej na podobnych zasadach, jak USA dla Kosowa. Wygląda na to, że krainy te mają być bardziej przyczółkiem do przyszłej ekspansji niż barierą przed rzekomą agresją z zewnątrz. Kreml od 2006r. jest w fazie imperialnej reintegracji. Nie wypracował jednak ostatecznej formuły. Improwizuje. Gruzja ma trochę czasu. Należy jednak pamiętać, że okazja czyni złodzieja. A kremlowska propaganda bije w dzwon, oskarżając na przykład Gruzinów o wsparcie dla "czeczeńskich terrorystów". Tbilisi nie powinno dać się Moskwie w żaden sposób sprowokować. Wolność na Kaukazie wisi na włosku.

Marek Jan Chodakiewicz

 

 

Za: www.tygodniksolidarnosc.com

© 2017 KIELCE ŚWIĘTOKRZYSKIE POLSKA ŚWIAT | pF