Polowanie z nagonką

Film "Solidarni 2010" - zapis wypowiedzi osób zgromadzonych w Warszawie w dniach żałoby narodowej - pokazano w telewizji publicznej w końcu kwietnia. Od tamtej chwili jego autorka znalazła się na cenzurowanym - i to dosłownie.


Nie jest to najlepszy dokument Ewy Stankiewicz, bo nie może takim być. Wcześniej poznaliśmy film "Trzech kumpli", pokazujący historię Stanisława Pyjasa, Bronisława Wildsteina i Lesława Maleszki, opowieść o przyjaźni, śmierci i zdradzie.


Tamten film powstawał przez trzy lata, był wychodzony, wycyzelowany. Na "Solidarnych 2010" nie było tyle czasu, a i dzieło miało inny charakter. Jednak z pewnością ten dokument jest jej najgłośniejszym, choć to ten typ rozgłosu, którego dokumentalista wolałby uniknąć.
- Reakcją na film i na to, co mówią ludzie w nim pokazani, nie była rzetelna ocena czy krytyka, lecz język szyderstwa, propaganda i argumenty poniżej pasa - mówi Ewa Stankiewicz. - To dla mnie zupełnie nowe, niepokojące, doświadczenie.


Zgrywający się do bólu
Film Ewy Stankiewicz przy współpracy Jana Pospieszalskiego, TVP wyemitowała w końcu kwietnia. Jest to zapis wypowiedzi osób zgromadzonych pod Pałacem Prezydenckim i pokazuje integrację Polaków wokół najważniejszych symboli i instytucji w szczególnym czasie, bo w dniach żałoby narodowej.
- Tam są dobre uczucia - mówi autorka. - Padały ostre zdania pod adresem rządzących, ale to jest rząd naszego kraju i ludzie mają prawo krytykować to, jak rząd zachowywał się po katastrofie pod Smoleńskiem i mieć najpoważniejsze obawy dotyczące przyczyn katastrofy.


Zaraz potem Katarzyna Kolenda--Zaleska z TVN dostrzegła w filmie "skandalicznie zakłamaną rzeczywistość". Frontalny atak przypuściła "Wyborcza", pisząc, że "żerując na autentycznych ludzkich emocjach, autorzy zrobili film-agitkę, propagującą obłędny, spiskowy, jakby tradycyjnie PiS-owski sposób widzenia świata", "wyłapywali tych, którzy głosili najbardziej karkołomne teorie", a sam obraz to zrobiony "Jarosławowi Kaczyńskiemu prezent - darmowy dwugodzinny klip wyborczy za publiczne pieniądze publicznej telewizji".


Wskazywano na wypowiedź "premier Tusk ma krew na rękach", a także głosy wyrażające podejrzenie, że katastrofa nie była "przypadkiem", zbywając tłumaczenie autorki, że nie mogła być cenzorem, a film miał pokazać rzeczywiste odczucia ludzi. Także w "GW" Tomasz Lis dorzucił do Kolendy, że autorzy filmu trybunem ludu uczynili "zgrywającego się do bólu aktora, który nie chce powiedzieć, czy za swe patriotyczne zeznania dostał pieniądze".


Wypowiedź krytyka Krzysztofa Kłopotowskiego z "Rzeczpospolitej", że zobaczył w filmie "obraz smutku i refleksji" i że "dostaliśmy tu przykład dziennikarstwa obywatelskiego", była tylko głosem na puszczy w wysokonakładowej prasie. Okazało się, że film jest sprawą wielce polityczną.


Ale nic dziwnego - tłumaczy Bronisław Wildstein, publicysta "Rzeczpospolitej": żałoba po katastrofie była oczyszczającą ceremonią narodową, która może spowodować przewartościowania i doprowadzić do utraty przez obecny establishment rządu dusz. "Chodzi więc o to, aby unieważnić sens tego wspólnego przeżycia. Widać to doskonale w reakcjach na dokument Ewy Stankiewicz" - napisał. Aby unieważnić przekaz, należy go zdezawuować. Tak się chyba dzieje z tym filmem.


Nie wiedział, co to gandzia
Czy zrobiła prawdziwy, uczciwy film? Niektórym zabrakło w nim kontrapunktu, głosu "drugiej strony", znaleźli za to chęć podzielenia ludzi i szkalowania. - Nie chciałam nikogo podzielić czy urazić, lecz przekazać to, co widziałam pod Pałacem Prezydenckim - tłumaczy. Pokazani ludzie są z różnych opcji, byli tam przecież nie tylko zwolennicy PiS-u, podkreśla. Tyle że także oni szukali ciepłych słów dla prezydenta.


- Tacy ludzie tam byli i zostali pokazani. Wyznawców Palikota nie spotkaliśmy - mówi. - I gdzie miałam szukać tego kontrapunktu? Może, gdybym pokazała ludzi sprzedających wtedy znicze? - zastanawia się. Ma nagraną wypowiedź chłopaka, który mówi, że to nie był jego prezydent. Że Lech Kaczyński ośmieszał, kompromitował nas, nawet nie wiedział, co to... "gandzia". Nie zamieściła jej: oceniono by, że jedyna wypowiedź krytyczna wobec prezydenta ma ośmieszyć jego przeciwników.


Przeprowadziła kilkaset rozmów, a to, co znalazło się w filmie, jest w pełni reprezentatywne dla tamtego czasu. - To, co my słyszeliśmy, słyszeli także inni dziennikarze. Każdy mógł to rejestrować, a teraz zweryfikować - podkreśla.


Skąd aktor? - Nikogo o zawód nie pytałam. Byli wśród nich z pewnością studenci, kucharze itp. Dlaczego nie może mówić osoba, która z zawodu jest aktorem? Spotykałam go tam codziennie, widziałam, że przeżywa tę tragedię. Potem prostował, że mówił od siebie, że nie wziął pieniędzy, ale to się nie przebiło, bo chodziło przecież o podważenie wymowy filmu - tłumaczy autorka. - Równolegle tropi się osoby, które wypowiedziały się w filmie i namawia, żeby odcięły się od swoich wypowiedzi. Wiemy to, bo zgłaszają się do Janka i do mnie z takimi relacjami.


Należało się
Na reakcję branży filmowej na głosy dziennikarskich celebrytów, długo nie trzeba było czekać. Gutek-Film, znany dystrybutor filmowy, zrezygnował nagle z rozpowszechniania nowego filmu fabularnego Ewy Stankiewicz, który z "Solidarnymi 2010" nic, oprócz autorki, nie ma wspólnego.


Tomasz Bieszczad z Rady Etyki Mediów, ma na ten gest Gutka wyrobione zdanie: Stankiewicz została za swój dokument ukarana. - Film "Nie opuszczaj mnie" nie jest związany z charakterem jej dotychczasowej twórczości. To kameralny dramat psychologiczny, dlatego ta dziwna decyzja dystrybutora to przejaw cenzury represyjnej i ostracyzmu środowiskowego - mówi Bieszczad. Zbieżność zdarzeń nie jest przypadkowa. - Na Festiwalu w Gdyni otwartym tekstem mówiono, że jest to forma kary. Wyciszony, psychologiczny film pani Ewy pada ofiarą nieznośnego klimatu "wojny polsko-polskiej".


Wtóruje mu (choć z zupełnie innych pozycji) aktor Daniel Olbrychski. - Ta decyzja wcale mnie nie dziwi. Pani Ewie się to należy - skomentował po swojemu. I choć Roman Gutek, właściciel firmy, zaprzeczył, jakoby kierował się względami politycznymi, nie podejmując się dystrybucji filmu, dodał jednak, że ?ważne jest zawsze kogo zaprasza się do swojego domu?, a "Wyborcza" rozbudowane dementi Gutka opatrzyła tytułem "Męczeństwo Ewy S."


Zabiorą mikrofon
Piotr Zarębski, reżyser-dokumentalista, autor m.in. głośnych "Więźniarek", macha ręką: cenzura eliminująca osoby niepoprawne polityczne trwa od początku III RP. - To wielki skandal, co się w tej sprawie dzieje, ale to nic nowego - twierdzi. Stankiewicz i Pospieszalski dołączają do grona wykluczonych przez Salon dokumentalistów: Jerzego Zalewskiego, Grzegorza Brauna (autora ostro atakowanego dokumentu "Towarzysz generał") czy Roberta Kaczmarka. Sam Zarębski też niejedno przeżył w latach 90. w związku z filmem o Rafale Gan-Ganowiczu, polskim najemniku walczącym z komunizmem.
- Ci, którzy nie chcą poddać się poprawności politycznej, mają trudne życie, próbuje się ich eliminować z zawodu - podkreśla. - Cenzura przekracza granice przyzwoitości, zagraża temu co w demokracji bardzo ważne, wolności słowa. Grupy wpływowe chcą ją ograniczać w imię utrzymania się w centrum uwagi i przy korycie. Ci, którzy temu przeszkadzają, poddawani są szykanom.


To widać doskonale także w tej sprawie - podkreśla Zarębski: - Autorka oddała mikrofon społeczeństwu i dlatego szuka się absurdalnych argumentów przeciwko niej. Nagle okazuje się, że przechodzi to także na jej nowy film - ocenia. - Jeśli mówimy o społeczeństwie obywatelskim, to Stankiewicz właśnie zrobiła gest obywatelski, oddała mikrofon obywatelom. Teraz Salon chce jej ten mikrofon zabrać.


Na medialnym pograniczu
Tomasz Bieszczad z Rady Etyki Mediów z uznaniem ocenia gest reżysera Grzegorza Królikiewicza, który na znak solidarności z Ewą Stankiewicz wycofał z programu festiwalu Era Nowe Horyzonty, którego organizatorem jest Gutek, swój film "Kern", opowiadający o zaszczuwaniu nieżyjącego już byłego wicemarszałka Sejmu. - Poza Królikiewiczem i grupą dziennikarzy, nikt Ewy Stankiewicz nie broni. Nie udało mi się skłonić REM do wydania oświadczenia w sprawie zastosowanej wobec niej cenzury - przyznaje Bieszczad.


Piotr Zarębski obawia się, że sekwencja zdarzeń: nagonka na autorkę - wycofanie się z dystrybucji jej filmu, będzie miała ciąg dalszy. - Najpewniej zostanie zepchnięta teraz na medialne pogranicze. Po prostu będzie problem z realizowaniem filmów - podkreśla reżyser.


Sama Stankiewicz też się tego obawia. Hałas wokół niej jest dobry może dla celebryty, ale nie dla dokumentalisty. - Dokumentalista powinien pozostać w cieniu - mówi. Pewnie Maleszka, czyli TW Ketman, nie wpuściłby jej dziś do domu i nie dałoby się pokazać w "Trzech kumplach", np. jak redagował GW, mimo że oficjalnie nie redagował...


Czy jednak twórca niepokorny, idący pod prąd oczekiwaniom Salonu, nie powinien liczyć się z jego nerwową reakcją? Jak mówiła Ewa Stankiewicz w niedawnym wywiadzie, po pokazaniu "Trzech kumpli" przygotowana była na atak; ten jednak pojawił dopiero razem z "Solidarnymi 2010". - Ale aż takiej walki, agresji, manipulacji ani takich argumentów poniżej pasa nie spodziewałam się - dopowiada teraz.


Nie jesteśmy aktorami
Jednym z haseł pod Pałacem Prezydenckim był rzucany pod adresem dziennikarzy apel: "Przestańcie kłamać". - W takie głosy trzeba się wsłuchać, bo to ważne zjawisko społeczne. Tymczasem próbuje się zdyskredytować film, który właśnie to pokazał. Jeśli odpowiedzią na treści w nim przekazywane jest propaganda i manipulacja, to mamy do czynienia z zagrożeniem wolności słowa - mówi Stankiewicz.


Źle się dzieje, gdy do mediów nie przebija się to, że miesiąc po katastrofie, kilka tysięcy osób skandowało przed Pałacem Prezydenckim: "Nie jesteśmy aktorami". A to była odpowiedź ludzi na artykuły, w których sugerowano, że pod Pałacem Prezydenckim aktorzy odgrywają wyuczone role. Media to przemilczały, natomiast informacja, że 200 osób protestowało w sprawie pochówku prezydenta na Wawelu, była wałkowana przez kilka dni.


To właśnie jeden z powodów powołania przez autorów filmów "Solidarni 2010" i "Towarzysz generał" ruchu na rzecz obrony wolności słowa. Projekt, jak twierdzi Ewa Stankiewicz, wymusili na nich ludzie, którzy po emisji "Solidarnych 2010" zgłaszali się, chcąc pomóc zmieniać medialną rzeczywistość.


Od kilkunastu dni działa strona internetowa tej inicjatywy, gdzie Ewa Stankiewicz deklaruje: "Chcemy chronić niezależnych dziennikarzy". Za jej pośrednictwem chce zorganizować wsparcie dla dziennikarzy, którzy ujawnili fakty niewygodne dla władzy i są z tego powodu szykanowani (sama coś już o tym wie).

Wojciech Dudkiewicz

 

 

Za: www.tygodniksolidarnosc.com

© 2017 KIELCE ŚWIĘTOKRZYSKIE POLSKA ŚWIAT | pF